Pochyla się,
przytrzymuje kamiennego słupa i zdejmuje znoszone trampki. Pierwszy krok
jest najważniejszy. W ułamku sekundy jej stopy zanurzają się w chłodnym
piasku. Jeszcze kilka godzin wcześniej drobniutkie ziarenka parzyły
niczym rozgrzane maleńkie węgielki. Unosi wzrok i spogląda na prawie
pustą plażę. Ostatni świadkowie majestatycznego zachodu słońca kierują
się ku wyjściu. Odsuwa się na bok, gdy widzi nadbiegającego wilczura,
dumnie niosącego gładki patyk. Szum morza niczym pieśń syren przyciąga
ją coraz bliżej. Kiedy woda delikatnie łaskocze jej kostki, usta
mimowolnie się rozchylają. Orzeźwiająca bryza znad horyzontu koi
rozgrzane, zaczerwienione policzki. Znów przesadziła z opalaniem.
Pociąga za gumkę do włosów i pozwala podmuchom wiatru wkraść się
pomiędzy kasztanowe kosmyki, jeszcze sztywne od słonej morskiej wody.
Odrywa spojrzenie od
nieruchomej tafli, aby zerknąć na zegarek. Muska palcami rzemykową
bransoletkę z muszelek, która od kilkunastu dni zdobi drobny, opalony
nadgarstek. Zostało sześć minut; sześć cennych minut, które zamierza
poświęcić na uspokojenie oddechu i kołaczącego serca. Przypomina jej
ryby w sieci podskakujące na drewnianej podłodze kutra. Długi spacer
sosnowym lasem przegonił tremę, ale w środku wciąż czai się strach.
Wszystko ma przemyślane, poukładane. Przygotowywała ten monolog przez
cały dzień. Słowo się rzeknie i wszystko wróci do normalności. Tej
nudnawej, szaroburej, ale bezpiecznej. Jej oczy znów wędrują do białej
tarczy. Cztery minuty. Postawienie następnego kroku wiele ją kosztuje.
Maleńkie fale rozbijające się o brzeg dodają jej otuchy. Tylko mewy
krążące nad jej głową wydają się wyjątkowo niespokojne. Przyspiesza.
Chce mieć to już za sobą. Kątem oka widzi biały namiot przy wejściu
numer dwadzieścia siedem, a po chwili mini zjeżdżalnię dla najmłodszych
przy kolejnym. Maszeruje coraz szybciej, pewniej. Odwaga opuszcza ją,
gdy mija znak informujący o zakończeniu plaży strzeżonej. Dotarła do
celu. Zejście na plażę numer dwadzieścia pięć. Samotny, przewrócony kosz
i on. Początek i koniec wakacyjnej przygody.
Ta część plaży jest
zupełnie inna, bardziej dzika, niebezpieczna, nieprzewidywalna. Z piasku
wystają ostre patyki, sterty petów i pozostałości wieczornych libacji. Z
rozwagą stawia każdy następny krok, całkowicie koncentrując się na tej
czynności; jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Chowa drżące
dłonie w kieszeniach wiatrówki. Ból paznokci wbijających się w skórę
pomaga skupić się na tym, co najważniejsze. Na tu i teraz, nie na kiedyś
i może. Zbyt wcześnie dostrzega przed swoimi stopami skrawek
musztardowego koca w zieloną kratkę. Bezsprzecznie jest to najbrzydsza
rzecz, jaką kiedykolwiek widziała. Na nim kurtka, pomarańczowa, a na
plecach osiem nadrukowanych, granatowych liter. Ognik żarzącego się
papierosa staje się coraz wyraźniejszy. Powoli zaczyna się ściemniać.
Miało być szybko i (bez)boleśnie. Robi się niezręcznie i ckliwie. Czuje
na sobie spojrzenie miętówkowych tęczówek, do których ktoś albo coś
dodało o jedną kroplę zielonego barwnika mniej niż powinno. Tęczówek, o
których będzie śniła do końca swych dni. Czujny wzrok przyzwyczajony do
obserwacji tego, co dzieje się dookoła, śledzi każdy jej niepewny ruch.
Nadzieja umiera jako
pierwsza. I ta, że będzie miała odwagę zrobić to, do czego
przygotowywała się od samego początku. Oraz ta, że będzie w stanie
zmienić podjętą przez nią decyzję. Milion ukradkowych i tych mniej
nieśmiałych spojrzeń, tysiące wypowiedzianych słów, kilkaset wysłanych
wiadomości i kilkadziesiąt odebranych połączeń. Kilkanaście wspólnych
zachodów słońca i kilka podkradzionych frytek. Jedno spotkanie ust. Z
pozoru tak (nie)wiele. W rzeczywistości zbyt dużo, aby zakończyć to, co
nie miało prawa się zacząć.
Nie wiem, co to jest.
Nie wiem, czy to początek czy koniec. Nie wiem, czy to Kalina, czy ktoś
zupełnie inny. Ale wiem na pewno, że nie potrafię pisać w czasie
przeszłym. To są moje klimaty, to jest mój styl i tak ma być.