31 lipca 2019

na zakręcie

Pochyla się, przytrzymuje kamiennego słupa i zdejmuje znoszone trampki. Pierwszy krok jest najważniejszy. W ułamku sekundy jej stopy zanurzają się w chłodnym piasku. Jeszcze kilka godzin wcześniej drobniutkie ziarenka parzyły niczym rozgrzane maleńkie węgielki. Unosi wzrok i spogląda na prawie pustą plażę. Ostatni świadkowie majestatycznego zachodu słońca kierują się ku wyjściu. Odsuwa się na bok, gdy widzi nadbiegającego wilczura, dumnie niosącego gładki patyk. Szum morza niczym pieśń syren przyciąga ją coraz bliżej. Kiedy woda delikatnie łaskocze jej kostki, usta mimowolnie się rozchylają. Orzeźwiająca bryza znad horyzontu koi rozgrzane, zaczerwienione policzki. Znów przesadziła z opalaniem. Pociąga za gumkę do włosów i pozwala podmuchom wiatru wkraść się pomiędzy kasztanowe kosmyki, jeszcze sztywne od słonej morskiej wody.
Odrywa spojrzenie od nieruchomej tafli, aby zerknąć na zegarek. Muska palcami rzemykową bransoletkę z muszelek, która od kilkunastu dni zdobi drobny, opalony nadgarstek. Zostało sześć minut; sześć cennych minut, które zamierza poświęcić na uspokojenie oddechu i kołaczącego serca. Przypomina jej ryby w sieci podskakujące na drewnianej podłodze kutra. Długi spacer sosnowym lasem przegonił tremę, ale w środku wciąż czai się strach. Wszystko ma przemyślane, poukładane. Przygotowywała ten monolog przez cały dzień. Słowo się rzeknie i wszystko wróci do normalności. Tej nudnawej, szaroburej, ale bezpiecznej. Jej oczy znów wędrują do białej tarczy. Cztery minuty. Postawienie następnego kroku wiele ją kosztuje. Maleńkie fale rozbijające się o brzeg dodają jej otuchy. Tylko mewy krążące nad jej głową wydają się wyjątkowo niespokojne. Przyspiesza. Chce mieć to już za sobą. Kątem oka widzi biały namiot przy wejściu numer dwadzieścia siedem, a po chwili mini zjeżdżalnię dla najmłodszych przy kolejnym. Maszeruje coraz szybciej, pewniej. Odwaga opuszcza ją, gdy mija znak informujący o zakończeniu plaży strzeżonej. Dotarła do celu. Zejście na plażę numer dwadzieścia pięć. Samotny, przewrócony kosz i on. Początek i koniec wakacyjnej przygody.
Ta część plaży jest zupełnie inna, bardziej dzika, niebezpieczna, nieprzewidywalna. Z piasku wystają ostre patyki, sterty petów i pozostałości wieczornych libacji. Z rozwagą stawia każdy następny krok, całkowicie koncentrując się na tej czynności; jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Chowa drżące dłonie w kieszeniach wiatrówki. Ból paznokci wbijających się w skórę pomaga skupić się na tym, co najważniejsze. Na tu i teraz, nie na kiedyś i może. Zbyt wcześnie dostrzega przed swoimi stopami skrawek musztardowego koca w zieloną kratkę. Bezsprzecznie jest to najbrzydsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziała. Na nim kurtka, pomarańczowa, a na plecach osiem nadrukowanych, granatowych liter. Ognik żarzącego się papierosa staje się coraz wyraźniejszy. Powoli zaczyna się ściemniać. Miało być szybko i (bez)boleśnie. Robi się niezręcznie i ckliwie. Czuje na sobie spojrzenie miętówkowych tęczówek, do których ktoś albo coś dodało o jedną kroplę zielonego barwnika mniej niż powinno. Tęczówek, o których będzie śniła do końca swych dni. Czujny wzrok przyzwyczajony do obserwacji tego, co dzieje się dookoła, śledzi każdy jej niepewny ruch.
Nadzieja umiera jako pierwsza. I ta, że będzie miała odwagę zrobić to, do czego przygotowywała się od samego początku. Oraz ta, że będzie w stanie zmienić podjętą przez nią decyzję. Milion ukradkowych i tych mniej nieśmiałych spojrzeń, tysiące wypowiedzianych słów, kilkaset wysłanych wiadomości i kilkadziesiąt odebranych połączeń. Kilkanaście wspólnych zachodów słońca i kilka podkradzionych frytek. Jedno spotkanie ust. Z pozoru tak (nie)wiele. W rzeczywistości zbyt dużo, aby zakończyć to, co nie miało prawa się zacząć.

Nie wiem, co to jest. Nie wiem, czy to początek czy koniec. Nie wiem, czy to Kalina, czy ktoś zupełnie inny. Ale wiem na pewno, że nie potrafię pisać w czasie przeszłym. To są moje klimaty, to jest mój styl i tak ma być.

9 lipca 2019

początek

— Nie dam już rady — westchnęła, a spomiędzy jej palców na podłogę spadł kawałek białej gumy.
Od nadmuchiwania balonów rozbolała ją głowa, a pulsujący ból, który prawie rozsadzał jej czaszkę, powoli zaczynał docierać do lewego dziąsła, które najwyraźniej wciąż nie zagoiło się po utracie górnej ósemki.
Omiotła wzrokiem pomieszczenie. Miała nadzieję, że dostrzeże jakieś efekty - w końcu spędziła tu ostatnie sześć godzin. Posępna i szara sala w remizie nadal prezentowała się beznadziejnie. Co prawda w oknach zawieszono błękitne zasłony, a stare szkolne ławki złączono ze sobą i nakryto białymi obrusami, ale widok wciąż był nieciekawy. Zrobiło jej się przykro na samą myśl, że następnego dnia jej przyjaciółka miała bawić się tutaj na swoim przyjęciu weselnym.
Dorota i Wojtek zgodnie postanowili, że nie uwikłają się w żadne kredyty już na początku wspólnego życia. Obydwoje chcieli skromnego wesela w gronie najbliższych przyjaciół i rodziny. Na dodatek Dorota uznała, że jako pannie z ośmioletnim dzieckiem, nie wypadało jej organizować hucznej imprezy. I bez tego cała wieś miała ją na językach.
— Ruchy kluchy leniwe! — Dorota dziarskim krokiem weszła do sali, niosąc w dłoniach olbrzymie kartonowe pudełko.
Kalina zerwała się z krzesła i podbiegła do dziewczyny, żeby jej pomóc. Ostrożnie ustawiły karton na stole i od razu zajęły się wyjmowaniem ozdób i rozkładaniem ich na stolikach oraz parapetach.  Czas kurczył się nieubłaganie, dlatego pracowały w całkowitej ciszy i skupieniu. Tylko w ten sposób miały szansę zdążyć ze wszystkim przed nocą.
Latarenki, stojaki na serwetki, malutkie białe wazoniki i girlandy w mig zamieniły posępne pomieszczenie w salę weselną z prawdziwego zdarzenia. Z szaroburymi ścianami niewiele dało się zrobić, ale za to cała reszta prezentowała się naprawdę imponująco.
— I jak? — Kalina wrzuciła do worka ostatnie papierki po ozdobach i natychmiast przyssała się do butelki z wodą. — Chyba jest nieźle — stwierdziła nieśmiało, ocierając pot z czoła.
Miała poczucie, że wykonały kawał dobrej roboty, ale mimo to obawiała się, czy Dorka podzieli jej zdanie. Kiedy przyjaciółka poprosiła ją o zostanie świadkową, a Kalina grzecznie odmówiła, wiedziała, że musi jej to jakoś wynagrodzić. Zaproponowała więc parze młodej, że dekorację sali w całości weźmie na siebie. Przez ostatnie kilka tygodni całymi godzinami oglądała zdjęcia na pintereście, szukając inspiracji. Miała szczęście, bo zarówno ona jak i przyszli małżonkowie ceniła sobie prostotę, co znacznie zawężało pole manewru. O dziwo, najwięcej wysiłku wymagało od niej przekonanie pana Mietka - zarządcy obiektu - do zdemontowania ciężkich, drewnianych okiennic, które ze starości otwierały się jedynie w połowie, wpuszczając do środka pojedyncze snopy światła.
Zerknęła przelotnie na zachodzące promienie sierpniowego słońca, które zamieniły stary wysłużony parkiet w płynne morze miodu, po czym przeniosła spojrzenie na przyjaciółkę.
Po bladej twarzy dziewczyny spływały potoki łez.
Kalina poczuła, że robi jej się gorąco, a oczy zaczęły ją piec. Zacisnęła usta w wąską kreskę, żeby stłumić szloch, który usiłował wyrwać się z jej gardła. Jeszcze raz powiodła wzrokiem po sali. Mimo całego wysiłku, jaki włożyły w przygotowania, musiała przyznać, że gdyby była na miejscu Doroty, zapewne zareagowałaby podobnie. Co innego bawić się w takim otoczeniu na czyimś weselu, a co innego na swoim własnym.
— Jest idealnie. — Jej rozmyślania przerwał cichy głos Doroty.
Przyjaciółka wpatrywała się w nią z nikłym uśmiechem.
— Jest idealnie - powtórzyła głośniej. — Ja… nie wiem, co powiedzieć. I jak ci dziękować. Nie mam nawet siły wstać i cię wyściskać — dodała.
Ulga, którą poczuła, była nie do opisania. Odwzajemniła uśmiech przyszłej panny młodej i klasnęła w dłonie.
— Zbieraj się — zarządziła, podnosząc się z podłogi. - Ja jeszcze chwilę zostanę i przygotuję miejsce na zapleczu, żeby było gdzie ustawić jedzenie.
— Jesteś pewna, że dasz sobie radę? — Dorota nie wyglądała na przekonaną. — Może jednak…
Kalina stanowczo pokręciła głową.
— Zajmie mi to tylko moment, a ty powinnaś wracać do domu. Nałóż jakąś maseczkę, weź relaksującą kąpiel, w końcu jutro twój wielki dzień.
Blondynka przewróciła oczami.
— Poród przeżyłam, więc takie coś to dla mnie pikuś — zażartowała, ale posłusznie wstała i upewniwszy się po raz kolejny, że Kalina ze wszystkim sobie poradzi, zmęczonym krokiem powlokła się do wyjścia.
Uprzątanie zaplecza, które pełniło jednocześnie funkcję kuchni, nie zajęło jej wiele czasu. Opróżniła stoły, rozwalające się krzesła przeniosła do składziku na tyłach budynku i podłączyła do prądu dwie lodówki, które następnego dnia z rana miały wypełnić się po brzegi jedzeniem z lokalnej restauracji. Zabrała z wieszaka torebkę i opuściła budynek. Była zaskoczona, gdy przekroczyła próg i dostrzegła, że na zewnątrz zapadł zmrok. Zamknęła drzwi i zerknęła w górę. Wieczór był chłodny, a niebo usiane milionem gwiazd. Jej babcia zawsze mawiała, że był to zwiastun pięknej pogody następnego dnia. Uśmiechnęła się lekko i skierowała w stronę pustego domu, zupełnie nieświadoma, że ostatnia sobota sierpnia i jej życie miała wywrócić do góry nogami.